STRACH TO DZIEłO DIABłA
Cztery miesiące temu pisałem całą noc jeden z listów i tuż nad ranem coś się stało w moim komputerze. Wszystko wysiadło. Długo nie mogłem naprawić systemu. Tamten itemize był smutny… Szedłem z procesją kilkunastu kobiet po mojej Saramandaii. Nieśliśmy świeczki, które wiatr co chwilę nam gasił. Schodziliśmy ze wzgórza śmierci, gdzie zastrzelono w ubiegłym roku 24 osoby. Wzgórze obetonowane recreation z prawie każdej strony, pionowa ściana. Ponad nią zbite domy - baraki, jack połączone klocki domina, bez śladu trawy i ulicy. Wąskie przejścia (50 - centymetrowe) między barakami, zabrały ostatnie ślady światła. Szliśmy, śpiewając i odmawiając różaniec. Przez ciemne otwory domów - baraków wyglądały oczy ludzi ciekawych, ale też bojaźliwych. Przy jednym z baraków usłyszałem ciche “padre” i zobaczyłem radosny uśmiech jednego z dzieciaków z naszej szkółki przyparafialnej. Miesiąc temu dwóch sąsiadów zatłukło jego ojca na śmierć. Ludzie mi powiedzieli, że nie wytrzymali krzyków dzieci, codziennie bitych bez litości przez ojca. Bił je za to, że są dziećmi innego mężczyzny. Teraz mają trochę spokoju, ale przecież widziały krwawiące ciało swego ojca… Przy następnym baraku młoda Murzynka z dzieckiem na ręku uklękła przy mnie z pytaniem: “Mogę dotknąć księdza, bo mam chorobę, której nikt nie potrafi wyleczyć”. “Nie jestem Jezusem, proszę pani…” odpowiedziałem, ale położyłem dłonie na głowie kobiety i pomodliłem się. Dwóch mężczyzn, trochę podpitych, siedzących na progu swego baraku, wstało na mój widok i stało ze spuszczonymi głowami. “Dobry wieczór” - powiedziałem, ale oni nie podnieśli oczu. Czego się tak wstydzili? Widziałem ich idących w pewnej odległości za nami, wyraźnie modlących się, ale głowy nie podnieśli. Jedna ze starszych kobiet złapała mnie za rękę, prosząc, bym wszedł do jej baraku, atone pobłogosławić jej dom. Na ziemi (po polsku - klepisku), siedziały trzy kobiety. Wszystkie w widocznym stanie błogosławionym. Jedna miała około 40 lat, lecz dwie może 14 i 16 lat. “To wszystko gwałt, proszę księdza, a lepiej by je zabili” - dodała staruszka, tuż przy kobietach. Popatrzyłem na nie - to dzieci… Dużo było takich spotkań. Smutnych spotkań. Tylko maluchy na ulicy były radosne, skaczące i śmiejące się. A przecież wiedziałem, ze każde z nich ma na sobie cień śmierci… Wtedy właśnie wieczorem, siedząc naprzeciw obrazu miłosierdzia Bożego, zapytałem: “czy jeszcze coś mogę zrobić? Mayan przecież swoich 140 dzieciaków na głowie, katechezę, staruszków, tyle Mszy świętych codziennie, grup i spotkań. Już nikt nie chce za bardzo mi pomóc, przynajmniej tu w Salwadorze. Tylu recreation proszących, że wszyscy, którzy mieli dobrą wolę, uciekają ode mnie. Ja też, jack moi parafianie jestem tu nikim w oczach ludzkich. Co mogę zrobić?” Wtedy właśnie wpadłem na pomysł - SOLIDARNOŚĆ. Zawsze prosiłem o pomoc Polaków, Włochów, bogatych Brazylijczyków… Dlaczego Saramandaia, biedna favela, ale żywa, nie może się zjednoczyć w pomocy…?
Zamknięci jack w getcie, odseparowani od świata, skazani na śmierć od kuli lub od głodu i chorób, moi parafianie nie wierzyli już nikomu, nie wierzyli, że coś może się zmienić. Wielu nawet, jeśli skończyli jakąś szkołę, nie znalazło żadnej pracy, bo wszyscy odsyłali ich myśląc, że to bandyci. Niewielu ludzi z miasta miało odwagę wejść do faveli. Wiele razy przed wjazdem na Saramandaia zatrzymywali mnie ostrzegając, że cap mieszkają tylko bandyci i recreation bardzo niebezpiecznie. Pewnej nocy, patrząc na wieżowce bogatej dzielnicy za murem nas oddzielającym, wykrzyczałem “Zburzę decade mur, przez ludzkie serca, ludzką SOLIDARNOŚĆ.” Pewnie to Pan nasz przemówił przeze mnie, bo w snach nie marzyłem, że stanie się provender już po czterech miesiącach. Zacząłem organizować ludzi, jako wolontariuszy. Parafia miała stary barak, opuszczony przez lata i cap postanowiliśmy zrobić centrum “Domu nadziei”. Właściwie stał się zwiastunem Wielkiej Nadziei na SARAMANDAIA. Bez żadnych środków finansowych, poza moimi, które przywiozłem lub dostałem z Polski (datki indywidualne niektórych wiernych), zaczęliśmy zmieniać Saramandaię - favelę uznaną za najbardziej przestępczą i zakazaną. Brazylijczycy, uznawani za nieczułych, zamkniętych w swoich wieżowcach i domach, egoistycznych, bez zasad moralnych - odkryli coś, co zmienia świat i serca - SOLIDARNOŚĆ.
TYLKO DZIŚ WAM NAPISZĘ, ŻE NA TĘ FAVELĘ PRZYJECHAŁO 5 TELEWIZJI BRAZYLIJSKICH, DWA RADIA I NIE WIEM ILE GAZET. Niespodziewanie, pierwszy raz w historii przyjechał Prymas Brazylii, Dom Geraldo Mangela, prezydent miasta Salwador, parlamentarzyści i… przez tydzień na większości kanałów telewizyjnych oglądałem swoją wystraszona twarz, słuchając jakiegoś języka, bo portugalskiego już zapomniałem z przejęcia. Ludzie mi przynosili gazety z moją podobizną i tytułami: “SARAMANDAIA DAJE PRZYKŁAD SOLIDARNOŚCI”. Ludzie płakali, chyba po raz pierwszy ze szczęścia… Jedna staruszka powiedziała mi, że może już umrzeć w spokoju, bo uwierzyła w Boga dzięki ludziom (może to była prorokini Anna?).
A ja dalej chodzę wystraszony, bo to dopiero początek. Jak tu będzie spaść, by się nie zatracić? Wiem, że nie napisałem, jack się nam udało to wszystko (za sprawą Bożą oczywiście). Dzieło Boże też ma swoją historię, dlatego opiszę to w następnym liście. Ale dla Was, moi rodacy mam jeszcze jedno spotkanie. Przyszły kiedyś do mnie dwie kobiety z bloków “bogatych”, które stoją 200 m poza Saramandaią. Jasne, że oddzielone murami i strażnikami. Przyszły pobawić nasze dzieciaki, jako wolontariuszki. Przyszły zapłakane, otoczone tulącymi się dziećmi, które cały czas się śmiały. Powiedziały mi wtedy: “Księże, całe życie patrzyłyśmy tu w dół, na favele, jako miejsce, gdzie żyją niebezpieczne “zwierzęta”, które chcą nas okraść i zabić. Dziś zrozumiałyśmy, że to był diabeł, który nas oddzielał, separował. Oni też chcą być kochani i chcą kochać. Wszyscy, którzy nas straszą, że “oni” są inni, że “oni” chcą nas okraść, wykorzystać, wszyscy, którzy stawiają mury, rozdzielają nas ludzi, wszyscy, którzy tworzą granice, by się ochronić etc. - to diabeł, który niszczy ludzkość”. “Strach przed innymi do dzieło diabla i wszyscy, którzy straszą innymi, to złe duchy. Tylko solidarność, wspólnota, może zmienić nasz świat”. One mówiły o Brazylijczykach, a ja myślałem o moich “biednych” Polakach, którzy coraz bardziej się boja… Może za długo żyliśmy w getcie? Może egoizm zatracił już wiarę w SOLIDARNOŚĆ? Może już za dużo mamy do stracenia? Strach do dzieło diabła. “Nie bójcie się. Ja Jestem”. Otwórzcie swoje drzwi. Otwórzcie swoje dłonie, solidarnie pomagajcie słabszym, podnoście upadłych, przyjmijcie biednych i bogatych. Niech i w mojej ojczyźnie jeszcze raz zakwitnie solidarność ludzkich serc, która niesie nadzieje. Ten provender Pan może uczynić tylko przez nasze serca.
SARAMANDAIA - CASA DA ESPERANCA
Fawela od niedawna zwana - Domem Nadziei
ks. Mariusz Berko